Sprawa ściganego przez polski wymiar sprawiedliwości Marcina Romanowskiego zyskała niespodziewany zwrot akcji po tym, jak do Sądu Okręgowego w Warszawie wpłynął wniosek o wydanie listu żelaznego nadany w stolicy separatystycznego Naddniestrza.
Przesyłka od byłego wiceministra sprawiedliwości, który od dłuższego czasu ukrywa się przed prokuraturą w związku ze śledztwem dotyczącym nieprawidłowości w Funduszu Sprawiedliwości, została wysłana z Tyraspola. W nadesłanym do sądu piśmie polityk oświadczył, że przebywa poza terytorium Unii Europejskiej i posługuje się dokumentami na zmienioną tożsamość.
Reakcja polskich służb i rządu
Informacja natychmiast przyciągnęła uwagę opinii publicznej oraz organów państwowych. Premier Donald Tusk oraz minister koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak wskazali, że z ustaleń służb wywiadowczych wynika wysokie prawdopodobieństwo pobytu Romanowskiego w tym regionie.
Naddniestrze to kontrolowany przez prorosyjskich separatystów i faktycznie podporządkowany Moskwie obszar Mołdawii, co zdaniem ekspertów ds. bezpieczeństwa czyni go miejscem wyjątkowo trudnym do działania dla europejskich organów ścigania.
Wątpliwości prokuratury
Mimo złożenia wniosku o list żelazny, Prokuratura Krajowa zachowuje wstrzemięźliwość i sceptycznie ocenia wiarygodność nadesłanej korespondencji. Przedstawicili ją jako ruch o charakterze głównie medialnym i taktycznym:
Gdyby Marcin Romanowski chciał wykazać, że przebywa w Tyraspolu, to mógłby zrobić to bardzo łatwo: nagraniem, zdjęciami, notarialnym poświadczeniem – wskazał rzecznik Prokuratury Krajowej, prok. Przemysław Nowak.
Wstępne sprawdzenia wykazały również brak oficjalnych śladów przekroczenia granic przez polityka w tamtym kierunku, co sprawia, że cała sprawa wciąż budzi wiele pytań i skrajnych komentarzy na polskiej scenie politycznej.

KOMENTARZE