Przełom, który trwał zaledwie chwilę
Jeszcze w piątkowe popołudnie wydawało się, że polska scena polityczna wykona krok naprzód w niezwykle delikatnej i polaryzującej sprawie. Po ponad dwóch latach całkowitego impasu i politycznego klinczu sejmowa komisja nadzwyczajna miała wreszcie wznowić prace nad liberalizacją przepisów aborcyjnych. Plan na poniedziałek, **14 września 2026 roku**, zakładał powrót do debaty i procedowanie projektów. Te chwile optymizmu pękły jednak jak bańka mydlana.
Zamiast historycznego posiedzenia, członkowie gremium otrzymali w piątkowe popołudnie niespodziewane SMS-y. Krótka wiadomość z sekretariatu nie pozostawiała złudzeń — obrady odwołano w ostatniej chwili. W gabinetach i kuluarach zawrzało.
Oficjalny powód: brak papierka z ministerstwa
Jako oficjalny pretekst podano czysto biurokratyczną przeszkodę. W komunikacie wskazano na **brak wymaganego stanowiska Ministerstwa Zdrowia** wobec projektów znajdujących się w drukach sejmowych nr 223 i 611. Tyle tylko, że ta wersja wydarzeń wywołała jedynie gorzki uśmiech politowania u wielu posłów.
Politycy koalicji rządzącej w prywatnych rozmowach krótko podsumowują tę argumentację: to farsa. Przez ponad dwa lata nikt nie potrafił znaleźć czasu ani politycznej woli, by pochylić się nad losem kobiet, a teraz nagle urzędniczy brak opinii staje się murem nie do przebicia? Sceptycy pytają wprost, czy resort zdrowia przespał 24 miesiące, czy może komuś bardzo zależało na czasie.
Polityczny hamulec zaciągnięty w ostatniej chwili
W kuluarach mało kto wierzy w czysty przypadek. Część posłów otwarcie mówi o **politycznej decyzji i celowym zaciągnięciu hamulca** przez obóz władzy, który panicznie boi się wewnętrznych tarć. Temat aborcji od lat pali w ręce, a zbliżające się decyzje grożą otwartym konfliktem wewnątrz koalicji. Kancelaria Premiera i kluczowe ośrodki decyzyjne miały – zdaniem krytyków – woleć polityczne zamrożenie sprawy niż ryzykować awanturę.
Głosy oburzenia płyną z różnych stron. **Katarzyna Kotula** z KPRM nie ukrywała wściekłości, wprost wskazując, że decyzja o odwołaniu prac to ruch skrajnie niepoważny i szkodliwy dla praw kobiet. Podobnie ostro wypowiadają się posłanki Lewicy, które mówią wprost o kpinie z wyborców.
Komisja nadzwyczajna, powołana z wielką pompą w 2024 roku, po raz kolejny udowodniła, że w polskim parlamencie na każdy realny krok przypada dziesięć kroków w tył. Nowego terminu posiedzenia do tej pory nie wyznaczono. Zamiast przełomu mamy więc kolejny pokaz politycznej bezradności i spychologii.
Źródło: RSS Wiadomosci.gazeta.pl

KOMENTARZE