Prehistoryczny termometr wreszcie zadziałał
Gdy myślimy o Tyrannosaurus rexe, zazwyczaj widzimy oczami wyobraźni gigantycznego, pokrytego łuskami drapieżnika, który leniwie wygrzewa się w słońcu albo z dziką furioą goni bezradną roślinożerną zwierzynę. Przez dekady paleoantropolodzy spierali się o to, jak król gadów radził sobie z termoregulacją. Czy był powolnym, zmiennocieplnym potworem zależnym od kaprysów pogody, czy może dynamiczną, stałocieplną maszyną do zabijania? Odpowiedź przyniosły badania opublikowane we wrześniu 2026 roku na łamach prestiżowego magazynu „Science Advances”.
Zespół naukowców z University of California w Los Angeles (UCLA) postanowił zajrzeć tam, gdzie nikt wcześniej nie zaglądał — dosłownie w zęby bestii. Wykorzystując przełomową metodę opartą na analizie izotopowej szkliwa, badacze po raz pierwszy w historii uzyskali konkretną, popartą twardą chemią wartość temperatury wewnętrznej T. rexa. Wyniosła ona średnio około 36,1–36,3 stopnia Celsjusza. Tyle co nic? No cóż, dokładnie tyle, ile wynosi przeciętna temperatura ciała współczesnego człowieka.
Zęby, które zdradziły sekret sprzed 66 milionów lat
Jak dokonać pomiaru temperatury zwierzęcia, które wyginęło ponad 66 milionów lat temu? Przecież żaden badacz nie włożyłby mu tradycyjnego termometru pod język. Kluczem okazała się tzw. paleotermometria izotopowa. Naukowcy z UCLA udoskonalili technikę badania wiązań chemicznych między rzadkimi izotopami węgla i tlenu zamkniętymi w skamieniałym szkliwie zębów. Okazuje się, że układ tych wiązań zmienia się jak w zegarku w zależności od temperatury, w jakiej dany minerał się formował.
Do analizy wykorzystano fragmenty zębów pochodzące z późnokredowej formacji Hell Creek w Montanie oraz eksponaty z Natural History Museum w Los Angeles County — w tym szczątki słynnego osobnika o imieniu Thomas. Po odwierceniach mikroskopijnych ilości próbek wyszło na jaw, że T. rex prowokuje nową dyskusję o metabolizmie gigantów. Jego termika była:
- Znacznie wyższa niż u współczesnych mu gadów czy dzisiejszych powolnych ssaków (np. leniwców).
- Porównywalna z temperaturą ciała dzisiejszych słoni indyjskich i afrykańskich.
- Nieco niższa niż u ptaków — bezpośrednich ewolucyjnych spadkobierców dinozaurów.
Co to zmienia w naszym postrzeganiu tyranozaura?
Fakt, że T. rex utrzymywał wewnętrzną temperaturę na poziomie ok. 36 st. C, ostatecznie grzebie mit o ospałym, ociężałym padlinożercy. Stałocieplność (lub wysoki stopień gigantotermii wspomagany zaawansowanym metabolizmem) dawała mu potężną przewagę ewolucyjną. Dzięki temu drapieżnik mógł swobodnie funkcjonować i polować również w chłodniejszych rejonach — ślady jego obecności znajdowano przecież nawet na polarnych terenach Alki czy w Arktyce. Zmiennocieplny gad zamarzłby tam na kość lub straciłby jakiekolwiek zdolności szybkiego ruchu.
Z drugiej strony, taki „ludzki” metabolizm gigantycznego cielska musiał generować gigantyczne zapotrzebowanie na energię. Żeby utrzymać 36 stopni ciepła w trzydziestotonowej (lub mniejszej, ale wciąż potężnej) strukturze, T. rex musiał regularnie dostarczać swojemu organizmowi potężne ilości wysokokalorycznego mięsa. Król wciąż budzi grozę, ale teraz wiemy, że pod łuskami i pierzastymi ozdobami krył się mechanizm o zaskakująco znajomej „ludzkiej” temperaturze.
Źródło: RSS Popularyzacja

KOMENTARZE