Kolejne wybory i głęboki niepokój w Berlinie
Niemiecka scena polityczna drży w posadach. Niedzielne wybory władz lokalnych oraz rad gmin w Dolnej Saksonii przyniosły wyniki, które wywołały falę paniki na zapleczu rządu federalnego. Choć pierwsze miejsce zajęła chadecka CDU z wynikiem 27,2 proc., a tuż za nią uplasowali się socjaldemokraci z SPD (24,6 proc.), uwagę wszystkich przykuwa zupełnie inny rezultat.
Prawicowo-populistyczna partia AfD zanotowała potężny skok poparcia, zdobywając aż 15,9 proc. głosów. Dla porównania – w poprzednich wyborach samorządowych w tym regionie w 2021 roku ugrupowanie to mogło liczyć na zaledwie 4,6 proc. Mówiąc wprost: poparcie dla prawicowego radykalizmu w tym północno-zachodnim landzie ponad trzykrotnie wzrosło, a frekwencja wyborcza podskoczyła do 64,6 proc. (wobec 57 proc. przed pięcioma laty).
Efekt domina i presja na Friedricha Merza
Wyniki z Dolnej Saksonii to kolejny bolesny cios dla kanclerza Friedricha Merza. Lider niemieckiego rządu od dłuższego czasu zmaga się z głębokim kryzysem zaufania społecznego. Sytuacja chadecji jest dramatyczna – zwłaszcza po niedawnym, historycznym tąpnięciu w Saksonii-Anhalcie, gdzie AfD rozbiła konkurencję z miażdżącym wynikiem 43,8 proc., co Merz nazwał najpoważniejszą porażką partii od dziesięcioleci.
Komentatorzy polityczni nie mają złudzeń. Kraj nad Renem wchodzi w fazę ostrych turbulencji. Już w najbliższą niedzielę, 20 września, Niemców czeka kolejny test przy urnach – wybory do parlamentów krajowych w Berlinie oraz Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Jeśli tendencja się utrzyma, pozycja polityczna kanclerza może zawisnąć na włosku.
Źródło: RSS Wiadomosci.gazeta.pl

KOMENTARZE