16 września 2005 roku polski sport zamarł. W tragicznym wypadku samochodowym na autostradzie A2 koło austriackiego Klagenfurtu zginął Arkadiusz Gołaś. Miał zaledwie **24 lata**, świeżo podpisany kontrakt ze słynnym włoskim klubem Lube Banca Macerata i całe życie przed sobą. Śmierć jednego z najbardziej utalentowanych środkowych w historii naszej siatkówki do dziś wywołuje ciarki i ból u kibiców oraz dawnych kolegów z boiska.
Wszystko pod linijkę i ksywa „Bestia”
Był uosobieniem skromności, ciepła i spokoju, ale na treningach potrafił pokazać zupełnie inne oblicze. Bliscy i koeli z kadry wspominali go jako człowieka niezwykle poukładanego – na jego półkach panował idealny porządek, a każdy krok w karierze był skrupulatnie zaplanowany. Na ostatnim zgrupowaniu przed wyjazdem do Włoch zaskoczył jednak wszystkich, zyskując niespodziewany przydomek. Koledzy z szatni zaczęli nazywać go „Bestią”, co kontrastowało z jego zazwyczaj łagodnym usposobieniem, pokazując jednak boiskową nieustępliwość.
Zasięg w ataku na poziomie **362 cm** sprawiał, że na siatce fruwał jak ptak. Trenerzy powtarzali, że skacze jak kangur, a wróżona mu przyszłość w Serie A miała uczynić z niego globalną gwiazdę.
Tragiczna podróż, która nigdy nie dotarła do celu
Kilka tygodni przed tragedią Gołaś wziął ślub z ukochaną Agnieszką. Młode małżeństwo spakowało swój dobytek do nowo odebranej z salonu toyoty avensis i ruszyło w drogę do Włoch. Nad ranem, tuż po przekroczeniu granicy, doszło do dramatu. Samochód zjechał z drogi i uderzył w betonową ścianę.
Wiadomość o śmierci Arka sparaliżowała środowisko sportowe. Krzysztof Ignaczak dowiedział się o wszystkim w samochodzie, gdy wracali na turniej do Rzeszowa – koledzi z drużyny natychmiast przerwali podróż, niezdolni do dalszej jazdy.
Pamięć, która nie gaśnie
Rok po tych wydarzeniach reprezentacja Polski zdobyła wicemistrzostwo świata, a wzruszeni siatkarze zadedykowali krążek zmarłemu przyjacielowi, pozując na podium w koszulkach z **numerem 16**, z którym grał na plecach. Choć minęły lata, wspomnienia o „Arim” nie blakną. Pozostał po nim symbol czystego talentu, pasji i tragicznie przerwanych marzeń.

KOMENTARZE