Legenda polskiej siatkówki zgasła w sekundę. Wspomnienia o Arkadiuszu Gołasiu chwytają za serce

Strona głównaSport

Legenda polskiej siatkówki zgasła w sekundę. Wspomnienia o Arkadiuszu Gołasiu chwytają za serce

Bośnia odkrywa karty przed Ligą Narodów. Legenda zagra z Polską, ale potem zniknie
Jan Urban podjął decyzję. Oskar Pietuszewski nie zagra w reprezentacji Polski
Potężny cios na start ME siatkarek. Groźne rywalki Polek nie zostawiły złudzeń

16 września 2005 roku polski sport zamarł. W tragicznym wypadku samochodowym na autostradzie A2 koło austriackiego Klagenfurtu zginął Arkadiusz Gołaś. Miał zaledwie **24 lata**, świeżo podpisany kontrakt ze słynnym włoskim klubem Lube Banca Macerata i całe życie przed sobą. Śmierć jednego z najbardziej utalentowanych środkowych w historii naszej siatkówki do dziś wywołuje ciarki i ból u kibiców oraz dawnych kolegów z boiska.

Wszystko pod linijkę i ksywa „Bestia”

Był uosobieniem skromności, ciepła i spokoju, ale na treningach potrafił pokazać zupełnie inne oblicze. Bliscy i koeli z kadry wspominali go jako człowieka niezwykle poukładanego – na jego półkach panował idealny porządek, a każdy krok w karierze był skrupulatnie zaplanowany. Na ostatnim zgrupowaniu przed wyjazdem do Włoch zaskoczył jednak wszystkich, zyskując niespodziewany przydomek. Koledzy z szatni zaczęli nazywać go „Bestią”, co kontrastowało z jego zazwyczaj łagodnym usposobieniem, pokazując jednak boiskową nieustępliwość.

Zasięg w ataku na poziomie **362 cm** sprawiał, że na siatce fruwał jak ptak. Trenerzy powtarzali, że skacze jak kangur, a wróżona mu przyszłość w Serie A miała uczynić z niego globalną gwiazdę.

Tragiczna podróż, która nigdy nie dotarła do celu

Kilka tygodni przed tragedią Gołaś wziął ślub z ukochaną Agnieszką. Młode małżeństwo spakowało swój dobytek do nowo odebranej z salonu toyoty avensis i ruszyło w drogę do Włoch. Nad ranem, tuż po przekroczeniu granicy, doszło do dramatu. Samochód zjechał z drogi i uderzył w betonową ścianę.

Wiadomość o śmierci Arka sparaliżowała środowisko sportowe. Krzysztof Ignaczak dowiedział się o wszystkim w samochodzie, gdy wracali na turniej do Rzeszowa – koledzi z drużyny natychmiast przerwali podróż, niezdolni do dalszej jazdy.

Pamięć, która nie gaśnie

Rok po tych wydarzeniach reprezentacja Polski zdobyła wicemistrzostwo świata, a wzruszeni siatkarze zadedykowali krążek zmarłemu przyjacielowi, pozując na podium w koszulkach z **numerem 16**, z którym grał na plecach. Choć minęły lata, wspomnienia o „Arim” nie blakną. Pozostał po nim symbol czystego talentu, pasji i tragicznie przerwanych marzeń.

Źródło: Przegląd Sportowy przegladsportowy.onet.pl

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
DISQUS: