Kiedy turystyka wypiera stałych mieszkańców
Zamiast cichego sąsiedztwa – ciągła karuzela walizek, skrytki na klucze montowane na poręczach i obcy ludzie na klatce schodowej. Nowy Jork przeszedł drogę, przed którą dziś drżą polskie miasta. Kiedy platformy pokroju Airbnb rosły tam w siłę bez żadnego hamulca, lokalny rynek nieruchomości zaczął pękać w szwach. Ceny czynszów wystrzeliły w kosmos, a zwykli mieszkańcy przestali nadążać za rosnącymi kosztami życia.
W głośnej rozmowie na łamach „Pulsu Biznesu” Murray Cox – założyciel analitycznego projektu Inside Airbnb – obnażył realną skalę tego zjawiska. Okazuje się, że gdy miasto w końcu postawiło na swoim i wdrożyło bezwzględne regulacje, liczba ofert na platformie w Nowym Jorku spadła o ponad 90 procent – z około 55–60 tysięcy lokali w 2018 roku do niespełna 5 tysięcy obecnie.
Mieszkanie to nie auto. Gdzie leży granica?
Główna teza nowojorskiego aktywisty jest prosta do bólu: mieszkanie służy do mieszkania, a nie do spekulacji na doby. Kiedy zakup lokalu w celach inwestycyjnych pod najem krótkoterminowy staje się o wiele bardziej zyskowny niż tradycyjny wynajem długoterminowy, całe zasoby znikają z rynku. Podaż leci na łeb, na szyję, a presja na portfele najemców rośnie. Szacunki, na które powołuje się Cox, mrożą krew w żyłach – z powodu samej ekspansji najmu turystycznego nowojorscy lokatorzy mieli zapłacić w ciągu pięciu lat łącznie o 2,7 mld dolarów więcej.
Jakie narzędzia ucięły ten proceder za oceanem?
- Zakaz krótkiego najmu całych mieszkań na okres poniżej 30 dni (chyba że gospodarz stale przebywa w lokalu razem z gościem).
- Obowiązkowa rejestracja każdego gospodarza w miejskim systemie.
- Prawo weta wspólnot mieszkaniowych – jeśli budynek nie wyrazi zgody, właściciel nie ma szans na legalną rejestrację.
Polska debata i polityczna huśtawka
Tymczasem nad Wisłą trwa niekończąca się przepychanka legislacyjna. Spór o tzw. „lex Airbnb” i unijny rejestr obiektów (CWTON) co chwilę zalicza ostre zwroty akcji. Rząd, samorządy oraz przedstawiciele branży ścierają się w kwestii tego, czy polskie miasta powinny dostać potężniejsze narzędzia – w tym prawo do tworzenia stref wyłączonych z najmu krótkoterminowego oraz dawanie wspólnotom realnego głosu. Sondaże pokazują jednoznacznie, że ponad połowa obywateli popiera prawo do blokowania takich biznesów we własnych blokach, jednak lobbystyczny opór z drugiej strony wciąż jest silny.
Eksperci nie mają jednak wątpliwości: jeśli polscy ustawodawcy nie pójdą nowojorskim śladem i nie ukrócą wolnej amerykanki, centra naszych miast zamienią się w hotele opanowane przez korporacje, a lokalna społeczność zostanie ostatecznie wyparta przez turystów.
Źródło: Puls Biznesu – portal biznesowy

KOMENTARZE