Zaskakujące odkrycie naukowców: To nie geny, a współmałżonek decyduje o ciężkim przebiegu COVID-19

Strona głównaZdrowie

Zaskakujące odkrycie naukowców: To nie geny, a współmałżonek decyduje o ciężkim przebiegu COVID-19

Pijesz parzącą kawę lub herbatę? Naukowcy ostrzegają przed drastycznym wzrostem ryzyka
Przełomowe badania potwierdzają: Strefa czystego powietrza w Londynie uratowała płuca najmłodszych
Czarne złoto pod lupą nauki. Filiżanki kawy mogą chronić przed nawrotem raka jelita grubego
Słodki aromat wanilii w e-papierosach pułapką dla ciąży. Nowe badania nie pozostawiają złudzeń
Premiera nowej płyty a bezpieczeństwo na drodze. Co wykazują badania?
Treść wygenerowana przy użyciu sztucznej inteligencji.

Geny w cieniu domowego ogniska

Przez lata pandemii szukaliśmy winnych w naszym DNA. Wydawało się oczywiste, że podatność na ciężkie powikłania i dramatyczny przebieg zakażenia to kwestia kodu genetycznego, wieku oraz ukrytych wad organizmu. Najnowsze, niezwykle szeroko zakrojone badania duńskich naukowców wywracają te przekonania do góry nogami. Okazuje się, że kluczową rolę w tym, czy wylądowaliśmy pod respiratorami, odgrywał nasz partner życiowy, a nie więzy krwi.

Badacze z Uniwersytetu Południowej Danii postanowili rozwikłać tę zagadkę w sposób bezprecedensowy. Wykorzystali gigantyczne zasoby tamtejszych rejestrów medycznych, biorąc pod lupę dane ponad 83 tysięcy bliźniąt oraz blisko 33 tysięcy ich życiowych partnerów. Wyniki opublikowane na łamach prestiżowego „International Journal of Epidemiology” zaskoczyły nawet samych autorów.

Bliźnięta jednojajowe bez specjalnej tarczy

Logika podpowiadałaby, że bliźnięta jednojajowe – dzielące niemal 100 procent wspólnego kodu genetycznego – powinny chorować w zbliżony sposób. Jeśli geny miałyby decydujący głos w sprawie ciężkiego COVID-19, u współmałżonków takich zbiegów okoliczności byśmy nie znaleźli.

Rzeczywistość okazała się zupełnie inna:

  • U bliźniąt osób hospitalizowanych z powodu koronawirusa nie odnotowano podwyższonego ryzyka ciężkiego przebiegu choroby.
  • Genetyczne predyspozycje – wbrew wcześniejszym przypuszczeniom – nie miały istotnego przełożenia na to, kto trafiał na szpitalny oddział.

– Nie znaleźliśmy dowodów na to, aby czynniki genetyczne odgrywały główną rolę w tym, kto ciężko chorował – przyznaje prof. Maria Timofeeva, współautorka badania.

Współmałżonek w grupie podwyższonego ryzyka

Podczas gdy geny schodziły na dalszy plan, statystyki dotyczące małżonków porażają swoją wymową. Ryzyko hospitalizacji rosło lawinowo, jeśli dotknęło to drugą połowę.

Osoby, których współmałżonek trafił do szpitala z powodu infekcji, były aż 3,6 raza bardziej narażone na identyczny los w porównaniu do grupy kontrolnej. Co więcej, gdy wirus powalał obie osoby w parze, mechanizm ten działał błyskawicznie: w 71 procentach przypadków hospitalizacja drugiego partnera następywała w ciągu zaledwie pięciu dni od przyjęcia pierwszego.

Dlaczego mieszkanie pod jednym dachem miało tak wielkie znaczenie?

Odpowiedź tkwi w brutalnej prozie życia codziennego, wspólnej przestrzeni i dawce wirusa. Długotrwały, bliski kontakt z zakażoną osobą w zamkniętym pomieszczeniu drastycznie zwiększa tzw. ekspozycję na patogen. Mówiąc najprościej: wspólne mieszkanie, dzielone łóżko i codzienne nawyki sprowadzały na parę potężną dawkę wirusa, która potrafiła złamać nawet młode i w pełni zdrowe organizmy.

Choć badanie nie badało bezpośrednio poziomu ładunku wirusowego, wnioski dają do myślenia w kontekście zarządzania kryzysowego w przyszłości. W walce z patogenami układ respiratoryjnymi to nie biologia w naszym DNA okazuje się najsłabszym ogniwem, lecz bliskość z drugim człowiekiem, z którym dzielimy domowy adres.

Źródło: RSS Popularyzacja

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
DISQUS: