Co naprawdę kryje się pod literą „E”? Fakty i mity o dodatkach do żywności

Strona głównaZdrowie

Co naprawdę kryje się pod literą „E”? Fakty i mity o dodatkach do żywności

Inspekcja Sanitarna w natarciu. Nowe wyzwania, kontrole i cyfrowe porządki w sanepidzie
Zdrowie w słoikach: Jak bezpiecznie przygotować domowe przetwory bez ryzyka dla zdrowia?
Co dzieje się w sanepidzie? Rola GIS i wyzwania współczesnej inspekcji sanitarnej

Kiedy stajesz przed sklepową półką, w oczy rzucają się kolorowe etykiety. Te same, które obiecują intensywny smak, dłuższą świeżość i nieskazitelny wygląd. Wystarczy jednak odwrócić opakowanie, by natknąć się na tajemnicze kody z literą „E” na czele. Dla wielu to synonim czystej chemii i powolnego truwania organizmu. Prawda, jak zwykle w takich przypadkach, okazała się jednak znacznie bardziej złożona.

Czym właściwie są substancje dodatkowe?

Zgodnie z unijnymi przepisami, dodatek do żywności to każda substancja niemogąca być zwykle spożywana sama jako jedzenie, celowo dodawana do produktów ze względów technologicznych. Bez nich współczesny przemysł spożywczy po prostu by zatrzymał się w miejscu. Mowa tu nie tylko o gotowych daniach z marketu, ale również o produktach uznawanych za ekologiczne.

Wbrew obiegowym opiniom, symbole z indeksem „E” to nie tylko sztuczne laboratoria. Pod wieloma z nich kryją się substancje w pełni naturalne, jak chociażby kwas benzoesowy naturalnie występujący w malinach czy borówkach.

Bezpieczeństwo pod lupą ekspertów

Każda substancja, zanim trafi do masowej produkcji i na talerze konsumentów, musi przejść rygorystyczne testy toksykologiczne. W Europie procesem tym zajmuje się Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA). Eksperci ustalają tzw. wskaźnik ADI (dopuszczalne dzienne pobranie), czyli bezpieczną dawkę, jaką człowiek może przyjmować codziennie przez całe życie bez uszczerbku na zdrowiu.

System ten ma jednak swoje luki, na które często zwracają uwagę niezależni badacze. Choć pojedyncze składniki są dokładnie przebadane, brakuje pełnej wiedzy na temat tzw. efektu koktajlowego – czyli tego, jak dziesiątki różnych dodatków reagują ze sobą w ludzkim organizmie, kiedy spożywamy je jednocześnie w ciągu całego dnia.

Co naprawdę budzi niepokój?

Nie wszystkie dodatki są jednakowo obojętne dla organizmu. Najwięcej dyskusji wywołują m.in.:

  • Barwniki azowe i syntetyczne – np. tętniąca czerwienią czerwień allura czy tartrazyna, które u wrażliwych osób, a zwłaszcza u dzieci, mogą nasilać problemy z koncentracją i nadpobudliwość.
  • Konserwanty pokroju azotynów – stosowane w wędlinach. Choć chronią nas przed śmiertelnie groźnym jadem kiełbasianym, w żołądku mogą przekształcać się w potencjalnie rakotwórcze nitrozoaminy.
  • Wzmacniacze smaku – z glutaminianem sodu na czele, obwinianym przez lata za tzw. syndrom chińskiej restauracji, choć współczesna nauka rzadko potwierdza jego toksyczność w dawkach spożywanych z tradycyjną dietą.

Jak nie zwariować w sklepie?

Najrozsądniejszą strategią pozostaje umiar i uważne czytanie etykiet. Im krótszy skład produktu, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że faszerujemy organizm zbędną chemią. Kluczem nie jest paniczny lęk przed każdą literą „E”, lecz ograniczenie żywności mocno przetworzonej na rzecz świeżych, lokalnych produktów.

Źródło: www.rynekzdrowia.pl

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
DISQUS: