Problem, który dotyka co piątą parę
W Polsce z niepłodnością mierzy się obecnie od 1 do 1,5 miliona par, co oznacza, że problem ten dotyka aż 20% społeczeństwa w wieku rozrodczym. Choć Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) oficjalnie uznała niepłodność za chorobę społeczną, droga do skutecznego leczenia wciąż bywa drogą przez mękę. Przez lata polscy pacjenci byli zdani wyłącznie na drogie, komercyjne kliniki.
Sytuacja zmieniła się 1 czerwca 2024 roku, kiedy ruszył rządowy program leczenia niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego. Statystyki robią wrażenie, ale za suchymi liczbami kryją się prozaiczne problemy polskiej ochrony zdrowia: zatory płatności, wyczerpujące się budżety i frustracja pacjentów, którzy z zegarkiem w ręku walczą o upływający czas.
Bilans rządowego programu: Sukces mierzony tysiącami istnień
Z najnowszych danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że państwowa refundacja in vitro przyniosła wymierne efekty demograficzne. Do programu zakwalifikowano już ponad 52 tysiące par, a w całym kraju dzięki tym procedurom na świat przyszło już kilkanaście tysięcy dzieci. Na ten cel w budżecie państwa zabezpieczono po 600 milionów złotych rocznie (w pierwotnych zaplanowaniach było to 500 mln zł, kwotę podniesiono ze względu na ogromne zapotrzebowanie).
- Do leczenia zakwalifikowano ok. 53 tys. par.
- Potwierdzono blisko 31 tysięcy ciąż klinicznych.
- Z opcji zabezpieczenia płodności przed leczeniem onkologicznym skorzystało ponad 2 tysiące pacjentów.
Brzmi jak idealny plan? Niestety, w praktyce mechanizm zaczyna się zacinać. Z roku na rok powtarza się ten sam scenariusz: kliniki i pacjenci alarmują, że w trzecim i czwartym kwartale roku w budżecie programu zaczyna brakować środków.
Kiedy kończą się pieniądze, czas działa na niekorzyść
– Jest problem z realizacją procedur pod koniec roku – przyznają otwarcie eksperci, w tym specjaliści z zakresu endokrynologii ginekologicznej. Pieniądze przeznaczone na dany rok topnieją zbyt szybko, a pacjenci stają przed ścianą.
Dla wielu osób czas ma kluczowe znaczenie. Przepisy programu stwarzają bowiem ramy wiekowe – z refundacji mogą skorzystać kobiety do 42. roku życia (przy użyciu własnych komórek jajowych). Każdy miesiąc zwłoki, oczekiwanie na przesunięcie środków czy biurokratyczna przepychanka o ankesowanie umów z Ministerstwem Zdrowia oznaczają dla pacjentek bezpowrotnie utraconą szansę na macierzyństwo.
Brak stabilności i koszty ukryte
Mimo że program dąży do wyrównywania szans, raporty organizacji pacjenckich wskazują na poważne luki. Część ośrodków medycznych wciąż różnie interpretuje ministerialne wytyczne, przez co pacjenci nierzadko dopłacają z własnej kieszeni do badań i diagnostyki niższego rzędu, która teoretycznie powinna być darmowa.
Niepłodność to dziś nie tylko czysta medycyna, ale też brutalna ekonomia i polityka demograficzna. Dopóki system finansowania nie przestanie przypominać gaszenia pożarów pod koniec roku, tysiące par wciąż będą drżeć o to, czy zdążą przed przekroczeniem granicznego wieku.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl

KOMENTARZE