Wrzesień na uczelniach medycznych: Ostatnia prosta dla spóźnialskich
Wrzesień to dla przyszłych studentów czas nerwowego sprawdzania list i domykania formalności. Choć główne fale rekrutacji na uniwersytety medyczne przetoczyły się przez Polskę już w środku wakacji, tradycyjny nabór uzupełniający wciąż ratuje sytuację wielu kandydatów. Wybór odpowiedniej ścieżki i samej uczelni to dopiero początek drogi, która – jak pokazują twarde dane – wymaga ogromnych wyrzeczeń.
Rynek edukacyjny mocno się rozkręcił. O indeksy na kierunku lekarskim i pokrewnych walczą tysiące maturzystów, napędzając machinę kształcenia kadr, których w polskim systemie ochrony zdrowia boleśnie brakuje.
Gdzie jeszcze można złożyć dokumenty?
Choć prestiżowe placówki, takie jak Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu czy łódzka „medycyna”, zamknęły swoje listy już dawno temu, drzwi nie są całkowicie zatrzaśnięte. Kilkanaście ośrodków w całym kraju prowadzi jeszcze dogrywki rekrutacyjne.
- Warszawski Uniwersytet Medyczny (WUM) kusi wolnymi miejscami m.in. na magisterskim pielęgniarstwie.
- Śląski Uniwersytet Medyczny (SUM) czeka na spóźnialskich w segmencie położnictwa.
- Mniejsze uniwersytety regionalne oraz uczelnie niepubliczne wciąż przyjmują zgłoszenia na dietetykę, ratownictwo medyczne czy kosmetologię.
Czasu jest jednak niewiele – większość terminów mija w połowie września. Kto przespał ten moment, musi czekać na kolejny rok akademicki.
Nowe realia: Tłumy na korytarzach i wysokie progi
Edukacja medyczna w Polsce przechodzi bezprecedensowy boom. W ostatnich latach liczba miejsc na kierunku lekarskim mocno skoczyła, przekraczając pułap kilkunastu tysięcy przyjętych studentów rocznie. Do gry weszły nie tylko tradycyjne, wyspecjalizowane uniwersytety medyczne, ale też uniwersytety powszechne oraz uczelnie prywatne, które kuszą nowoczesnym zapleczem, nie żądając przy tym małych fortun za czesne.
Nie zmienia to faktu, że odsiew bywa brutalny. Konkurencja na najbardziej obleganych wydziałach sięga nawet kilkunastu osób na jedno wolne miejsce. Z perspektywy systemu to konieczność – deficyt lekarzy i personelu pielęgniarskiego sprawia, że państwo musi łatać dziury kadrowe wszelkimi dostępnymi metodami. Pytanie tylko, czy lawinowy wzrost liczby miejsc nie odbije się na jakości kształcenia klinicznego, o czym środowisko akademickie dyskutuje od dłuższego czasu.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl

KOMENTARZE