Gdy rynkowa klapa zamienia się w kolekcjonerski skarb
Rynek retro i kolekcjonurów rządzi się własnymi, często całkowicie irracjonalnymi prawami. Czasem wystarczy monumentalna klapa, natychmiastowe wycofanie produktu ze sprzedaży i gwałtownie ucięty nakład, by pogrzebany przez twórców projekt nagle stał się obiektem pożądania. Idealnym dowodem na to jest historia sieciowej strzelanki Concord od Firewalk Studios. Gra, w którą Sony pompowało miliony przez 8 lat, przetrwała na rynku zaledwie dwa tygodnie, zanim serwery wyłączono na dobre.
Mimo że wirtualne starcia odeszły w zapomnienie, a cyfrowe kopie zostały w pełni zrefundowane, wersje pudełkowe na PlayStation 5 niespodziewanie zyskały drugie życie. I to jakie!
Ceny na aukcjach szybują w górę
Wystarczy rzut oka na portale aukcyjne pokroju eBay czy rodzime platformy, by złapać się za głowę. Choć fizyczny krążek jest dziś praktycznie bezużyteczny – gra nie posiada trybu offline, a serwery nie działają – nie przeszkadza to łowcom rzadkości. Fabrycznie zapieczętowane egzemplarze osiągają kwoty rzędu 80–100 dolarów, a w przypadku rzadszych wydań regionalnych (np. wersji koreańskich lub specjalnie certyfikowanych i profesjonalnie gradowanych sztuk w plastikowych kapsułach) ceny potrafią wystrzelić do 300–400 dolarów, a nawet przekroczyć 500-800 zł.
Paradoks polega na tym, że początkowy nakład fizyczny gry był zatrważająco niski – szacuje się, że na samym początku sprzedano zaledwie ok. 25 tysięcy sztuk wszystkich wersji konsolowych. Gdy Sony nakazało wycofać grę ze sklepów, a półki błyskawicznie opustoszały, rynek wtórny natychmiast zwietrzył interes.
Ironia losu czy nowa moda?
Kupujący wcale nie liczą na to, że włączą grę i spędzą miło wieczór. To czysty fetysz kolekcjonerski – namacalny dowód jednej z największych branżowych katastrof XXI wieku. Kto wie, być może za kilkanaście lat zapomniany, martwy „Concord” w folii będzie dumnie eksponowany na półkach obok największych białych kruków historii wideo.
Źródło: Gry w INTERIA.PL

KOMENTARZE