Cienie kampanii wyborczej w Krakowie
Przedterminowe wybory prezydenckie w stolicy Małopolski, zaplanowane na 27 września, nabierają mrocznych barw. To, co miało być standardową procedurą weryfikacji komitetów, zamieniło się w kryminalne śledztwo. Prokuratura Rejonowa Kraków-Krowodrza oficjalnie zarejestrowała dwa zawiadomienia, które wpłynęły directly od krakowskiego komisarza wyborczego. Sprawa uderza w ranga znanych nazwisk na polskiej scenie politycznej.
Chodzi o niedoszłych kandydatów: byłego prezesa Najwyższej Izby Kontroli Mariana Banasia oraz polityka Konfederacji Bartosza Bocheńczaka. Obaj panowie polegli na samym starcie, nie zdołając zebrać wymaganych przez prawo 3 tysięcy ważnych podpisów poparcia. Ale brak wymaganego progu to dopiero wierzchołek góry lodowej. Prawdziwy szok wywołały szczegóły kontroli urzędników.
Zmarli wyborcy i sfałszowane PESEL-e
Gdy miejskie służby wzięły pod lupę listy dostarczone przez oba komitety, wyszły na jaw kuriozalne i przerażające wręcz absurdy. Na dokumentach dostarczonych przez sztab Mariana Banasia doliczono się aż 32 podpisów osób zmarłych oraz 4 przypadków bezprawnego użycia numeru PESEL nieżyjących już ludzi.
U Bartosza Bocheńczaka statystyki wyglądają niemal bliźniaczo. Tam komisja wykryła 37 podpisów zmarłych oraz 3 wykorzystania numeru PESEL po śmierci danej osoby. Łącznie w obu przypadkach zakwestionowano tysiące pozycji – u Banasia ważnych było zaledwie 2048 podpisów (przy 3611 nieważnych), a u Bocheńczaka 2745 (przy 2289 odrzuconych). Część błędów wynikała z banalnej pomylki adresów zameldowania z zamieszkaniem, ale obecność zmarłych otworzyła furtkę dla prokuratorów.
Polityczne trzęsienie ziemi i paragrafy
Sprawa ma drugie, niezwykle bolesne dno dla struktur partyjnych. Bocheńczak przyznał się do porażki w mediach społecznościowych, biorąc pełną odpowiedzialność za klęskę sztabu. Reakcja centrali Konfederacji była natychmiastowa – lider ugrupowania Sławomir Mentzen zdecydował o odwołaniu polityka z funkcji prezesa okręgu krakowskiego oraz zawieszeniu lokalnych struktur.
Teraz jednak polityczna porażka to najmniejszy problem. Śledczy badają sprawę pod kątem art. 270 Kodeksu karnego, który dotyczy fałszowania dokumentów. Za podrobienie podpisów lub wykorzystanie cudzych danych po śmierci grozi nawet do 5 lat pozbawienia wolności. Pytanie brzmi: kto maczał w tym palce? Czy fałszerstw dokonywali szeregowi zbieracze „na akord”, czy ktoś w sztabach przymykał na to oko? Prokuratura zamierza to szybko wyjaśnić. Tymczasem o fotel prezydenta Krakowa w ostatecznym wyścigu powalczy zarejestrowana ósemka kandydatów.

KOMENTARZE