Tegoroczny sezon wakacyjny przyniósł wyraźne ożywienie na polskim rynku najmu mieszkań. Lipiec okazał się pod wieloma względami rekordowy – z platform ogłoszeniowych błyskawicznie znikały najtańsze oraz najlepiej zlokalizowane lokale. Szybkie czyszczenie bazy dostępnych nieruchomości to jednak zjawisko, które w tym roku ma zupełnie inny charakter niż w poprzednich latach. Podczas gdy studenci i nowi najemcy walczą o wolne cztery kąty, inwestorzy indywidualni trzymają się z daleka i obserwują ruch z głębokim dystansem.
Inwestorzy kalkulują ryzyko. Koniec z zakupami na oślep
Złote czasy, kiedy każde kupione „pod inwestycję” mieszkanie na siebie zarabiało, powoli odchodzą w przeszłość. Jak zauważają ekspertki rynku, m.in. Anna Gołasa w analizach rynkowych, tradycyjny model kupowania nieruchomości wyłącznie po to, by odsprzedać je z zyskiem lub wrzucić na masowy najem, mocno wyhamował. Stop zwrotu przestał być oczywisty, a rosnące koszty utrzymania lokali, droższe kredyty oraz niestabilność przepisów sprawiają, że kapitał szuka bezpieczniejszych przystani.
Na placu boju w segmencie deweloperskim zostają przede wszystkim klienci gotówkowi oraz osoby kupujące mieszkania ściśle na własne potrzeby mieszkaniowe. Zamiast gonitwy za kolejną kawalerką pod wynajem, obserwujemy ostrożne przeglądanie ofert i twarde negocjacje cenowe.
Sąsiedztwo „dzikiego” najmu psuje rynek
Ogromnym problemem, który bezpośrednio uderza w atrakcyjność tradycyjnych lokali długoterminowych, pozostaje kwestia sąsiedztwa. Obecność mieszkań nastawionych na najem krótkoterminowy potrafi zamienić życie stałych mieszkańców w koszmar. Rotujący co kilka dni turyści, hałasy na klatkach schodowych i brak poczucia prywatności drastycznie obniżają komfort życia w budynkach.
Nic dziwnego, że rośnie presja społeczna i legislacyjna na uregulowanie tej formy działalności. Plany zaostrzenia przepisów oraz grożące właścicielom surowe kary sprawiają, że inwestorzy wolą dwa razy przeliczyć każdy wyłożony grosz, niż ryzykować wchodzenie w segment, nad którym wisi widmo ostrych kontroli rządowych.
Co nas czeka po wakacjach?
Letni zryw popytu powoli dobiega końca, a na jesieni rynek czeka kolejna weryfikacja. Choć popyt ze strony osób poszukujących dachu nad głową przed rokiem akademickim czy nowym sezonem pracy wciąż trzyma stany magazynowe nisko, strukturalne zmiany na rynku nieruchomości stają się faktem. Kupujący są coraz bardziej świadomi, a deweloperzy muszą baczniej przyglądać się temu, co faktycznie schodzi na pniu. Jasne jest jedno: ery bezrefleksyjnego inwestowania w beton już nie ma – wygrywają ci, którzy potrafią liczyć.
Źródło: Puls Biznesu – portal biznesowy

KOMENTARZE