Tragedia na węgierskiej autostradzie. Właściciel autokaru o kierowcy: dbał jak o własny

Strona głównaŚwiat

Tragedia na węgierskiej autostradzie. Właściciel autokaru o kierowcy: dbał jak o własny

Przełom w śledztwie po tragedii na Węgrzech. Polska prokuratura chce kierowcy w kraju
Tragiczny bilans wypadku autokaru na Węgrzech. Prokuratura ujawnia szczegóły transportu ciał
Tragiczny wypadek polskiego autokaru na Węgrzech. Drugi kierowca przerywa milczenie

Czarna niedziela na drodze M3

W nocy z 15 na 16 sierpnia 2026 roku doszło do jednej z najbardziej wstrząsających tragedii drogowych ostatnich lat. Polski autokar z pielgrzymami wracającymi z Medziugorie wypadł z węgierskiej autostrady M3 w okolicach miejscowości Mezőkeresztes i z ogromną siłą uderzył w przydrożny rów. Bilans jest druzgocący: zginęło 12 osób, a dziesiątki innych odniosły obrażenia. Na pokładzie podróżowało 59 osób – głównie mieszkańcy Podkarpacia.

Wśród opinii i szczątkowych faktów wypływających ze śledztwa na pierwszy plan wysuwają się ludzkie dramaty. Głos w sprawie zabrał m.in. Tadeusz Dykas, szef firmy transportowej Michael, do której należał pojazd.

„Wszystkich znałem osobiście”

W rozmowach z dziennikarzami właściciel przewoźnika nie ukrywał roztrzęsienia. Podkreślał, że tragedia dotknęła go bezpośrednio, ponieważ wielu pasażerów feralnego kursu to byli jego stali klienci, z którymi przez lata zdążył się zżyć.

– To wielka tragedia. Bardzo mi szkoda tych ludzi. Większość znałem osobiście, z niektórymi byłem na „ty” – mówił wyraźnie poruszony Tadeusz Dykas.

Przewoźnik murem stanął za zatrudnionymi kierowcami, odpierając pochopne oskarżenia o zaniedbania. Jak zaznaczył, za kółkiem siedzieli profesjonaliści z wieloletnim stażem, którzy tę konkretną trasę pokonywali wielokrotnie. W kontekście stanu technicznego autokaru Dykas wskazał na pedantyczną wręcz dbałość jednego z kierowców, pana Roberta: „Dbał o ten autokar jak o własny”. Pojazd miał być w pełni sprawny, regularnie kontrolowany i gotowy na kolejne wyjazdy.

Kulisy feralnej podróży i śledztwo

Według wstępnych ustaleń węgierskiej policji najbardziej prawdopodobną przyczyną wypadku było zasnięcie kierowcy. Trasa powrotna z Bośni i Hercegowiny była długa, a upały i intensywny program – obejmujący m.in. przystanek w Sarajewie – mocno dawały się we znaki. Eksperci branżowi zwracają uwagę na cienką granicę bezpieczeństwa przy tak dalekich wojażach, jednak ostateczną odpowiedź ma przynieść szczegółowa analiza tachografów oraz trwające śledztwo polskiej i węgierskiej prokuratury.

Ranni trafili do kilku placówek medycznych na Węgrzech, a część poszkodowanych wróciła do kraju m.in. specjalnym transportem rządowym. Pozostał jednak niesmak, ból i pytania o to, czy tej tragedii można było uniknąć.

Źródło: RSS Wiadomosci.gazeta.pl

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
DISQUS: