Koszmar w Londynie. Indywidualne błędy pogrążyły Lecha Poznań w Lidze Europy

Strona głównaSport

Koszmar w Londynie. Indywidualne błędy pogrążyły Lecha Poznań w Lidze Europy

Koszmar Lecha Poznań to dopiero początek. Rywale z grupy idą jak burza
Bolesne zderzenie Lecha w Londynie. Brytyjskie media i kibice nie mieli litości
Bolesne potknięcia rywali polskich klubów. Olympiakos i Crystal Palace bez formy przed Ligą Europy

Bolesna lekcja futbolu na Selhurst Park

To miał być wielki powrót na europejskie salonki, a wyszedł bolesny falstart. 17 września 2026 roku Lech Poznań rozpoczął fazę ligową Ligi Europy od starcia z angielskim Crystal Palace. Wynik 0:4 nie pozostawia złudzeń, choć rzeczywistość na boisku bywała nieco bardziej złożona, niż wskazuje na to suche podsumowanie. Mistrzowie Polski pojechali do Londynu z jasnym planem: nie chować się za podwójną gardą i grać w piłkę. Szybko jednak przekonali się, że Premier League nie wybacza nawet najmniejszego momentu dekoncentracji.

Początek wcale nie zwiastował katastrofy. Już w drugiej minucie kapitan Kolejorza, Mikael Ishak, stanął przed idealną szansą na otworzenie wyniku, jednak w dogodnej sytuacji przestrzelił. Zemściło się to błyskawicznie. Angielski zespół spokojnie przetrwał napór gości, a potem zaczął bezlitośnie punktować każdą słabość poznańskiej defensywy.

Terry Yegbe i czarny sen obrońcy

Głównym antybohaterem czwartkowego wieczoru szybko obwołano Terry’ego Yegbe. Stoper Lecha, który w przeszłości zbierał świetne recenzje za pucharowe występy, tym razem zaliczył występ do całkowitego zapomnienia. W 10. minucie meczu popełnił błąd, o którym wciąż głośno dyskutują media sportowe: po kuriozalnie wykonanym rzucie z autu posłał piłkę wprost pod nogi Yeremy’ego Pino, a ten bez problemów pokonał Mateusza Lisa.

To jednak nie był koniec koszmaru Yegbe. Przed przerwą defensor był o włos od strzelenia spektakularnego samobója roku, pakując futbolówkę do własnej siatki po niefortunnym przecięciu podania. Lechitów uratował wówczas jedynie arbiter liniowy, sygnalizując pozycję spaloną rywala. — Pomijając fakt spalonego, to byłby koszmar — kwitował wprost w transmisji Polsatu Sport Bożydar Iwanow.

Szybki nokaut i bezsilność w drugiej połowie

Zanim minął kwadrans od pierwszego trafienia, gospodarze prowadzili już różnicą kilku bramek. Najpierw w 27. minucie Chris Richards wykorzystał dośrodkowanie z rzutu rożnego i podwyższył na 2:0, trafiając głową do siatki. Siedem minut później było już po emocjach — Radosław Murawski sfaulował w polu karnym, a podyktowaną jedenastkę na bramkę zamienił Jorgen Strand Larsen.

Po zmianie stron obraz gry zbytnio się nie zmienił, choć Crystal Palace nieco spuściło z tonu. Poznaniacy próbowali ratować honor, ale brakowało im dokładności w decydujących strefach. Sytuację pogorszył dodatkowo sam Murawski, który po obejrzeniu drugiej żółtej, a w konsekwencji czerwonej kartki, osłabił zespół w końcówce spotkania. Dzieło zniszczenia dopełnił w 89. minucie Eddie Nketiah, ustalając wynik na 0:4.

Co na to sztab trenerski?

Trener Niels Frederiksen po ostatnim gwizdku nie ukrywał rozczarowania, ale próbował szukać pozytywnych aspektów w grze swoich podopiecznych. — To sromotna, wysoka porażka. Dostaliśmy surową karę, ale nas nie zmiażdżono. Też stworziliśmy kilka szans — przekonywał duński szkoleniowiec przed kamerami. Teoria o odważnej grze zderzyła się jednak z brutalną murem europejskiej klasy średniej. Kolejorz musi szybko wyciągnąć wnioski, bo już 15 października na własnym stadionie zmierzy się z kolejnym niezwykle trudnym rywalem — Bayerem Leverkusen.

Źródło: Przegląd Sportowy przegladsportowy.onet.pl

KOMENTARZE

WORDPRESS: 0
DISQUS: