Gdy w 2003 roku powoływano do życia Narodowy Fundusz Zdrowia, zakładano przejrzysty mechanizm: obowiązkowa składka zdrowotna miała w pełni finansować leczenie Polaków. Dziś ten model pęka w szwach. Z najnowszych danych wynika, że tegoroczna dziura budżetowa w kasie płatnika sięga aż 14 miliardów złotych, mimo wcześniejszego gaszenia pożarów i wpompowywania miliardów z budżetu państwa. System znalazł się pod ścianą.
Gdzie podziały się pieniądze?
Choć podstawowe kontrakty szpitalne na ten rok są zabezpieczone, prawdziwym koszmarem stały się tzw. nadwykonania – czyli zabiegi i procedury medyczne, które placówki wykonały ponad limit, ratując zdrowie i życie pacjentów. Szpitale kredytują NFZ, bo same muszą na bieżąco płacić rachunki i pensje, a Fundusz rozkłada ręce, tłumacząc się brakiem środków. Efekt? Placówki medyczne masowo przesuwają planowe zabiegi na kolejne miesiące lub wręcz na następny rok.
Składka zdrowotna przestała wystarczać. Tradycyjny model, w którym pacjent-ubezpieczony generuje środki na własne leczenie, w zderzeniu z rosnącymi kosztami i lawinowo rosnącymi płacami przestaje działać. Rząd ratuje sytuację gigantycznymi dotacjami – w przyszłym roku wsparcie z budżetu państwa ma wynieść rekordowe 41,5 miliarda złotych (dla porównania, jeszcze w 2023 roku było to zaledwie 200 mln zł).
Cięcia, limity i ludzki gniew
W obliczu zapaści finansowej władze zapowiadają radykalne kroki. Wśród pomysłów na uzdrowienie sytuacji pojawiają się m.in. górne limity zarobków dla personelu medycznego oraz ostrzejsza kontrola nad etatami w szpitalach. Niektóre placówki wydają na same pensje ponad 100 procent swoich kontraktów, co paraliżuje jakiekolwiek inwestycje w sprzęt czy diagnostykę.
Eksperci ostrzegają jednak, że bez strukturalnych reform i głębokiej zmiany sposobu finansowania medycyny, kolejne zastrzyki gotówki będą jedynie pudrowaniem trupa. Pacjenci z kolei boleśnie odczuwają to w kolejkach do specjalistów, które zamiast maleć, rosną w zastraszającym tempie.
Źródło: www.rynekzdrowia.pl

KOMENTARZE