Koszmarne otwarcie nowojorskiego szlema
Wrześniowe turnieje wielkoszlemowe rzadko bywają łaskawe dla tenisistów, którzy szukają formy. Przekonała się o tym Magda Linette (82. WTA), która pożegnała się z kortami w Nowym Jorku już po pierwszym spotkaniu. Jej starcie z brytyjską kwalifikantką Francescą Jones (104. WTA) miało absolutnie szalony przebieg, rozciągnięty na dwa dni przez kapryśną, deszczową pogodę.
Początek zwiastował zupełnie inny scenariusz. Polka błyskawicznie narzuciła swój rytm, prowadziła już **3:0 w pierwszym secie** i wydawało się, że kontroluje wydarzenia na korcie numer 5. Nic bardziej mylnego.
Deszcz, przestój i huśtawka nastrojów
Brytyjka nie zamierzała składać broni. Wykorzystała chwilę dekoncentracji i serię niewymuszonych błędów polskiej tenisistki, odrabiając stratę z nawiązką. Pierwsza partia padła łupem Jones **6:4**, po czym nad obiektem rozszalała się uleva. Mecz przerwano na blisko 18 godzin.
Gdy panie wróciły do gry, obraz na korcie diametralnie się zmienił:
- Drugi set to absolutny popis Linette i wygrana aż **6:1**.
- Poznanianka zepchnęła rywalizację w decydujący, trzeci wymiar.
- Ostatnia odsłona przyniosła jednak bolesne przebudzenie i triumf niżej notowanej rywalki **6:3**.
Gorący finał i nerwy pod siatką
Ostateczny wynik brzmiał **4:6, 6:1, 3:6** na korzyść brytyjskiej kwalifikantki. Sytuacja na korcie eskalowała w samej końcówce. W decydujących momentach doszło do kontrowersyjnej decyzji sędzi głównej, która dopatrzyła się podwójnego kozła, co wywołało wściekłość u polskiej zawodniczki. Emocje wzięły górę do tego stopnia, że po ostatniej piłce obie tenisistki zrezygnowały z tradycyjnego uścisku dłoni z arbitrem.
Dla Linette to kolejny bolesny cios w trudniejszym fragmencie sezonu. Zamiast obiecującego turnieju i potencjalnych polskich starć w kolejnej rundzie, pozostaje gorycz szybkiego pożegnania z US Open.

KOMENTARZE