Letni boom i drożyzna w składach opału
Nadchodzący sezon grzewczy spędza sen z powiek tysiącom Polaków, którzy zainwestowali w ekologiczne kotły. Na rynku surowców drzewnych wrze, a ceny pelletu pną się w górę w środku lata — okresie, który do tej pory uchodził za czas stabilizacji i spokojnych zakupów zapasów. Obecnie za tonę trzeba zapłacić od 2000 do 2500 zł, co oznacza potężny cios dla domowych budżetów. W tle rosnących kosztów ogrzewania rozgorzał ostry spór polityczny o utajnione raporty, prognozy i rzekome spekulacje prywatnych firm.
Czarny scenariusz: 4-5 tysięcy za tonę?
Prawdziwą burzę wywołały doniesienia medialne o analizie, która miała trafić do resortów odpowiedzialnych za energetykę. Z dokumentu przygotowanego w kręgach branżowych wynikało, że w przypadku nadejścia surowej zimy cena tony pelletu może skoczyć do niewyobrażalnych dotąd 4–5 tysięcy złotych. „Firmy mogą straszyć ludzi cenami, żeby sprzedać szybciej pellet” — odpierała zarzuty minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska w rozmowie w RMF FM. Szefowa resortu klimatu podkreśliła, że wspomniany dokument to prywatna inicjatywa przedsiębiorców, od której administracja rządowa się odcina.
Sytuację podgrzewają jednak twarde dane rynkowe. Liczba zamontowanych w polskich domach kotłów na pellet wzrosła w ostatnich latach o niemal trzydzieści procent, podczas gdy krajowa podaż surowca nie nadąża za tym popytem. Do tego dochodzą ograniczenia w imporcie ze wschodu — m.in. z Ukrainy i Białorusi — oraz konkurencja ze strony dużych odbiorców przemysłowych i energetyki, którzy również sięgają po odpady drzewne.
Ekonomiczny absurd czy rynkowa bezradność?
Ministerstwo Klimatu i Środowiska stoi na stanowisku, że obecne podwyżki nie mają racjonalnych podstaw w kosztach bazowych. „Nie ma ekonomicznego uzasadnienia, by pellet w ten sposób rósł, bo ceny drewna w ostatnich latach są stabilne, a więc ceny odpadów produkowanych przez przemysł również” — argumentowała Paulina Hennig-Kloska.
Eksperci i konsumenci pozostają jednak sceptyczni. O ile rząd wskazuje na konieczność poszukiwania nowych kierunków importu oraz rozwój alternatywnych rozwiązań, takich jak agropellet, o tyle właścicielom domów ogrzewających swoje cztery kąty pozostaje gorycz i obawa przed mrozami. Zabezpieczenie opału na całą zimę w obecnych realiach to dla przeciętnej rodziny wydatek rzędu kilkunastu tysięcy złotych — a wizja drożyzny wciąż wisi w powietrzu.
Źródło: Ekonomia – Ekonomia w RMF24

KOMENTARZE